Po usunięciu mitologicznych wymysłów dawnych i domysłów świeżych, pozostaje materiał tak szczupły, że wszelkie wnioski co do istoty tej mitologii, zdaje się, są wykluczone; właściwie mamy tylko kilka nazw, nie poddających się, na domiar wszystkiego, żadnej analizie. I tak wcale nie umiemy objaśnić Swaroga (od swaru? por. Swarzędz), co na pewno nie jest Hefestem - kowalem (od "zwarzania" kruszców niby nazwanym, por. u nas: zwarzył lemiesz, r. 1610), ani też nieba nie przedstawia (sanskryckie svarga niebo); równie tajemniczy jest Weles (Wołos), jeśli nie jest odmianą weleta albo wołota olbrzyma; o połączeniu tej nazwy z wielim, wielkim dawno myślano. Świętowit jest specjalnością pomorsko-lucicką; roiło się tam od nazw podobnych, jak to Jarowit (Mars pogański, czczony r. 1127 w Hawelbergu, niedaleko Łaby, i w Wielgoszczy na Pomorzu); w Korzenicy na Rui wymienia Sakso Gramatyk Bujewita o siedmiu twarzach, Porewita (Borzywita?) o pięciu (i Porenuta jakiegoś?). Otóż wszelkie tłumaczenia Świętowita są mylne; nie znaczy to imię "fortis laetusąue" ani "validus victor", ani "silnie wiejący" (niby "teomorfoza czystego, łagodnego powietrza", zarazem Wodan germański i Vata albo Vaju indyjski) itd. Świętowita nazwa jest zupełnie identyczna z Jarowitową, por. Świętopełk = Jaropelk itd., i należy do wszelkich innych nazw na -wit, jak nasz Siemowit, południowy - Ludziwit itd.; jest to więc nazwa niby-osobowa i już dlatego nie może oznaczać bożka ogólnosłowiańskiego, lecz lokalnego tylko, czczonego głównie na półwyspie Witowskim, od niego widocznie nazwanym. Pomijamy zupełnie fantastyczne nazwy bożków rujańskich w bałamutnej nordyjskiej Knytlinga-saga (Turupid jej jest obcy, fiński, nie słowiański; Pisamar nieodgadnięty a Tiernoglav nie jest Czarnogłowem, lecz popsutym Trzygłowem, zob. niżej)! dalej nieodgadnionego Podaga i Prowe u Helmolda; może tu mowa o prawie, tj. sądzie w gaju uświęconym? Helmold po słowiańsku nie umiał ani słówka, wbrew twierdzeniom przeciwnym, więc pomyłka u niego możliwa. U Dadzboga należy bog może w znaczeniu dostatku, mienia rozumieć, "dający bogactwa"? I sama ogólna nazwa Boga nastręcza trudności; nie zgadza się słowiańska z litewską diewas (łac. deus i divus, sanskr. devás - u nas tylko w dziwie, dziwym, tj. dzikim i dziwieniu się zachowane); naszemu bogu odpowiada sanskr. bhagas "dawca, pan" (jest, i przydomkiem pewnych bóstw), dokładniej jeszcze staroperskie baga "bog" i dla tej to jawnej zgody utrzymują niemal powszechnie, jakoby Słowianie od Scytów irańskich to słowo przejęli. Wniosku tego nie podzielamy, zgoda może być zupełnie przypadkowa; od złożeń jak Dadzbog, Stribog mogło się bog jako nazwa (głównego) bóstwa rozszerzyć i na pewno nie ma najmniejszej zależności od perskiego baga. Z reszty nazw mitologicznych wypada wymienić nazwy dla demonów, gdyż oprócz zapożyczonej (diabła z diachłem i diaskiem), istnieją rodzime bies i czart; bies (u nas słowo późne, przed XVI w. nie znane, może z ruskiego przejęte) wywodzono dawniej od bojaźni jak i litewskie baisa strach, dziś oba terminy od biedy (bied-s). Młodszym też terminem wydaje się czart (nie zna go język kościelny ani narzecza południowe); łączono go z czarnym albo i z łac. curtus (kusy, tj. przenosząc późne pojęcie o czarnym i kusym, niemieckim diable na nazwę o wiele starszą!), p. niżej.
Gdy tak etymologia zawodzi, nie dopisuje i historia. Powoływują stale, jako rozstrzygające, świadectwo Prokopiusza, z pierwszej połowy VI wieku: "jednego boga, władającego piorunem, uważają Słowianie za pana wszystkich rzeczy, jego samego tylko; i ofiarują mu bydło i wszelakie ofiary. Przeznaczenia ani znają, ani wierzą, żeby wywierało wpływ na człowieka. W niebezpieczeństwie śmierci, w chorobie, czy na placu boju, obiecują ofiarę Bogu i spełniają ją po wybawieniu, przekonani, że tej ofierze zawdzięczają zbawienie. Ubóstwiają rzeki i nimfy, i inne bóstwa i składają im wszystkie ofiary, i wróżą podczas ofiar". Świadectwo to zakrawa raczej na gładko utoczony frazes w stylu klasycznym; wobec braku jakiejkolwiek nazwy konkretnej, autentycznej, trudno na nim wiele polegać. Również zupełnie ogólnikowe są słowa Koźmy: prawiąc jak Teta pogańska wyuczyła Czechów kultu "Oread, Driad i Hamadriad", dodaje: "jak i dotąd wielu sielan czy raczej pogan jeden źródła lub ognie czci, drugi gaje i drzewa lub kamienie, inny górom i pagórkom ofiaruje, inny nieme i głuche bałwany, co je sam urobił, błaga i prosi". O wielobóstwie lucickim wyraził się krótko a dosadnie Thietmar: "ile u nich kraików, tyleż mają świątyń i czczą poszczególne bałwany czartowskie". Buskie źródła choć nazwy jakieś wspominają, np. Kronika pierwotna* każe pod r. 980 "Włodzimierzowi kijowskiemu stawiać „bałwany na pagórku poza dworcem: Pieruna z drzewa, a głowa jego ze srebra a wąs złoty (us złat, z tego urabiano niegdyś osobnego bożka, Usładal) i Chorsa i Dadzboga i Striboga, i Siemargla (Siema, Rgla jako dwie całkiem niezrozumiałe, na pewno nie słowiańskie nazwy po innych tekstach), i Mokosz (nazwa słabości dostała się na Olimp!). Te nazwy z dodatkiem kilku innych (wił, Rodu i rożanicy) powtarzają się stale po innych źródłach, oskarżających Ruś o "dwojewierstwo". Nie zastąpią one braku wszelkich mitów kosmogonicznych itd.; co za nie uchodzi, słynne kolędy małoruskie o tworzeniu świata przez Boga i diabła, samym tym przeciwieństwem, dualizmem, chrześcijańskiego, nie pogańskiego dowodzi początku.
Wszelkie dawniejsze próby stworzenia dualizmu, przeciwstawiania bogów białych i czarnych (jasnych, dobrych i ciemnych, złych) upadły bezpowrotnie, nie mówiąc już o tych uczonych, co opierając się na rysie zewnętrznym, że bóstwa rujskie i pomorskie miewały po kilka głów, rąk itd., osobliwszego pokrewieństwa z indyjskimi koncepcjami mitycznymi się dopatrywali. Wprawdzie wystawiali Lucicy, Rujanie i Pomorzanie świątynie okazałe, z przysionkami i wnętrzem, dostępnym tylko kapłanowi, ale już na Rusi Włodzimierzowej nie ma mowy o świątyniach, tylko o posągach, stojących pod niebem na wzgórzach, i cofając się jeszcze dalej wstecz, moglibyśmy powątpiewać, czy ogółem pierwotni Słowianie stawiali już swoim bożkom posągi i świątynie - nazw oryginalnych, wspólnych i prastarych nie ma na jedno ani na drugie. Wszystko, co za takie posągi uchodzi, mianowicie ów słynny Świętowit, wykopany w roku 1848 w łożysku Zbrucza (u Kociubińczyk niedaleko od Husiatyna), i ofiarowany przez hr. M. Potockiego Towarzystwu Naukowemu Krakowskiemu; ów kamienny Wołos niby w Rostowie ruskim; owe bezkształtne figury kamienne, strzegące miedz i granic wiejskich (z Prus zachodnich, dziś w muzeum gdańskim), nie dowodzą niczego; jawne fałszerstwa, jak posążki prylwickie z napisami runicznymi (por. nasze kamienie mikorzyńskie), pomijamy. Wreszcie pisarze arabscy wymieniają u Słowian (oczywiście wschodnich) jako najbardziej charakterystyczny nie kult Pioruna, ale właśnie kult ognia (por. wyż. o Swarożyeu = ogniu), co przypomina wybitny kult ognia u ich najbliższych sąsiadów, Litwinów, zwanych u Greków wprost pyrsolatrami, tj. czcicielami ognia.
Co do owych posągów wielogłowych, zawsze i wyłącznie w drzewie rzniętych, nigdy w kamieniu (już dla tego samego Światowit zbrucki słowiańskim być nie może!), to przeszedł widocznie Słowianin od pierwotnej siedziby bożka w lesie i drzewie do słupu czy palu jako bożka samego; temu nadawano później podobieństwo do głowy ludzkiej, a ponieważ słup czy pal stał tak, że go zewsząd ofiarujący otaczali, więc w dalszym rozwoju i z tyłu, i z boku dorabiano mu twarze dla okazałości większej; ale jeszcze Trzygłów szczeciński miał tylko trzy głowy o jednym tułowiu, jak z opisu wiemy (Otto Bamberski odłamał te trzy głowy i do Rzymu posłał). Dopiero na Rui dorabiano do kilku głów i więcej rąk itd. Z kultu słupów i palów wynikałoby więc, że i późniejsze "posągi" tylko z drzewa bywały (może wedle wzorów obcych, urabiano na koniec i małe posążki z kruszcu), i nie wahamy się przyznać kultu słupów czy palów Słowianom pierwotnym**. To co do zewnętrznego kształtu, co do początków antropomorfizmu (o teriomorfizmie nie ma śladów prócz wołu na stanicy obotryckiej? nie ma nawet kultu wężów, tak pospolitego u Prusów i Litwy).
Zestawiając dalsze szczegóły nie napotykamy w całej terminologii mitologicznej słowiańskiej, prócz jedynego Pioruna na Rusi (może dlatego pochodzenia wareskiego = Thora?), ani jednej nazwy konkretnej, słońca itd.; mamy natomiast same nazwy niby-osobowe, Swarożyc, Dadzbog, Świętowit i inne na -wit; Trzygłów, przydomek od kształtu, zastąpił dawniejszą nazwę, choćby Swarożyca, a kult jego nie ograniczał się na Pomorze (w Szczecinie panował nad każdym innym), lecz sięgał aż do Brandenburgu nad Hawolą, jeśli późniejszemu nieco źródłu zawierzyć wolno. Bóstwa słowiańskie należą więc i co do nazw swoich już do wyższej ewolucji mitologicznej; nie zadowalano się pierwotnymi koncepcjami, nie wykraczającymi poza duchy (przodków i rodów) i siły przyrody, ale dochodzono do pełnego uosobienia, indywidualizacji sił przyrody. Rozwój ten na północnym zachodzie, od Wisły do Łaby, stopniowo postępywał coraz dalej; budowano dla bogów, przedstawianych w rozmiarach nadludzkich, bogate przybytki i rozróżniano kult powszechny, państwowy niby, od prywatnego. U Luciców i kult bogiń był dziwnie rozszerzony; ze stanicą bogini (rażoną przez pocisk niemiecki) wyruszano do boju***; nazwisk niestety Thietmar nie przytoczył, za to Helmold wymienił jako boginię (oczywiście naczelną) Połabian (raciborskich) Ziwa (nie wiemy nawet jak to czytać, prawdopodobnie Żywia, co by żywcem Długoszowe Żywie przypominało, ale to raczej zgoda przypadkowa). Widoczna jest tendencja wybijania się jednego bóstwa na czoło wszelkich innych, tj. wprowadzania hierarchii ziemskiej między bogów, ale tu już może każdy szczep kroczył własnymi torami. Mitów nie doniesiono nam żadnych, oprócz podań kapłanów pomorskich, rujskich i lucickich: ich Trzyglów nosił przepaskę na oczach, aby nie widział złości ludzkich; trzema twarzami patrzył na niebo, ziemię i podziemie (wpływ chrześcijaństwa tu chyba przebija); ich Świętowit hasał nocą na własnym koniu; z jeziora, nad którym wznosiła się w Radogoszczy świątynia Swarożyca i innych bogów, wychodził na ląd dzik olbrzymi, wieszczący grożące niebezpieczeństwo; źródło u Głumiąców pokrywało się zbożem albo krwią, wedle tego, czy zapowiadał się rok obfity i spokojny, czy rok klęski.
Jeżeli jednak nie mylą poszlaki, to naczelnym bóstwem słowiańskim, od którego inne niby zależały, stawał się Dadzbog Swarożyc tj. słońce na niebie - ogień (mały Swarog?) na ziemi; kult ognia i słońca mógł być połączony w jednej osobie; obu wzywano w gody letnie, w dnie najdłuższe? ten sam bóg mógł słynąć gdzie indziej jako Trzygłów, Świętowit lub Jarowit. Obok tych głównych czy publicznych czczono rozmaitych duchów przyrody, leśnych i rzecznych, domowych, rolnych, trzodnych i właśnie ten kult niski, gospodarczy, przetrwał najdłużej, chociaż nazwy w ciągu wieków pozmieniał, nie ma bowiem co do nich żadnej zgody między szczepami****. O wiłach np. południowych (głównie serbskich) nigdzie indziej nie wspominają (na Fusi jest ta nazwa tylko w pamiątkach pisemnych, mówiących nawet o trzydziestu siostrach wiłach, nie ma jej dzisiaj natomiast wcale w tradycji ludowej); czy małoruski didko, dziś diabeł tylko, pierwotnie dziadek (duch) domowy, powtarza się rzeczywiście u Dalimila wedle którego Czech z "Oharwacji" przywędrował do nowej ojczyzny, niosąc dziadki (nie dziatki, jak rękopisy czytają) na plecach? Inne nazwy, ludki, mory, mamuny, rusałki, skrzaty itd. są zapożyczone lub tłumaczone, ale o samym ich kulcie wątpić nie można; poświadcza go wyraźnie np. Prokopiusz, a jeszcze Helmold prawi o bóstwach, co nie miały posągów ni świątyń, czczonych w gajach odwiecznych. Więc w źródłach, gajach, skałach przebywały takie bóstwa: drzewa, wody, góry były ich siedzibami czczonymi; Thietmar donosi wyraźnie o górze "śląskiej" tj. Sobotniej, że za czasów pogańskich cała ziemia ją jako bóstwo nadzwyczaj czciła - ale czy jako przedmiot, czy tylko jako miejsce kultu? tenże wymienia na zachodzie Sutibure tj. święty bór, czczony od sąsiadów "we wszystkim jako bóg"; w półtora wieku po nim wspomina Helmold o dębach świętych, ogrodzonych osobno w gaju świętym wagrskiej ziemicy, gdzie Prowe czczono; o świętych lipach źródła nie wspominają nigdy, tylko o dębach, raz o wielkim orzechu świętym, którego owoce sprzedawał wiernym dozorca; wielkość drzewa albo jego osobliwsze cechy, dziupla, konary tworzące otwory (przez które chorych przeciągano dla zdrowia), stanowiły o jego świętości.
**) O posągach obszerniej S. Urbańczyk, Religia pogańskich Słowian, Kraków 1947, s. 55-61.
***) Oto opowieść Thietmara: "Lucicy tymczasem wrócili zagniewani i skarżyli się, że obrażono ich boginię, albowiem jeden z ludzi margrabiego Hermana przebił kamieniem jej wizerunek na sztandarze. Kiedy jej kapłani donieśli o tym ze skargą cesarzowi, otrzymali jako odszkodowanie dwanaście talentów. A kiedy Lucicy usiłowali przeprawić się koło grodu «Wurcin» przez silnie wezbraną Muldę, stracili drugi obraz bogini wraz z doborowym oddziałem pięćdziesięciu wojowników." Thietmar VII 64 (w wydaniu i przekładzie M. Jedlickiego, Warszawa 1953). Istnieje uzasadnione podejrzenie, że Thietmar za boginię uznał sztandar bojowy, zwany stanicą.
****) O magii, kulcie demonów i przyrody obszernie pisze K. Moszyński w Kulturze ludowej Słowian, t. II, zesz. 1, wyd. 2, Warszawa 1967, s. 430—704.