Osobną uwagę wywołała tradycja polską o "powiarze" pogańskiej, gdyż, jak zdawało się, mogli się Polacy wśród Słowian jedyni szczycić zupełnym i dokładnym kanonem mitologicznym. Podał go jednak dopiero Długosz tymi słowy (Dzieła X, 47): "Wierzyli i czcili Polacy Jowisza, Marsa, Wenerę, Plutona, Dianę i Cererę; nazywali zaś w języku swoim Jowisza Jeszą; on to jako bóg najwyższy wszystkie dobra doczesne i wszelkie tak niepomyślne, jak szczęśliwe powodzenia na nich zlewał, więc przed innymi większą mu cześć" i częstsze ofiary składano. Marsa zwali Ladą, którego wymysły wieszczów przewodnikiem wojny ogłaszają; od niego to życzono sobie pogromu nieprzyjaciół i ducha bitnego, czcząc go w kształtach jak najsurowszych. Wenerę nazywali Dzidzilelą; bogini ślubów miała ich darzyć płodnością synów i córek. Nyją przezywali Plutona, tj. boga podziemi i stróża dusz, opuszczających ciało; od niego wymagali, aby ich po śmierci w lepsze sadyby piekielne wprowadzał. Tym to bogom wystawili pierwszorzędną świątynię w Gnieźnie, do której się zewsząd schodzono. I Dianie, dziewicy wedle przesądu pogańskiego, ofiarowały kobiety i panny wieńce jej bałwanowi. Cererę czcili rolnicy, znoszący w zawody ziarno do świątyni. Za bożka mieli też Pogodę, tj. dawcę dobrego powietrza, i Żywię, boga życia. A ponieważ państwo swe założyli w kraju o największych lasach i borach, gdzie wedle starożytności Diana mieszkała i nimi władała, Cerera zaś za matkę i boginię płodów uchodziła, a siewu ich kraj wymagał, to Dianę i Cererę, zwaną w języku własnym Dziewaną i Marzaną, we czci największej miano". Dodać należy inną wzmiankę (X, 117), wedle której Mieszka, gdy z tępieniem bałwanów się ociągano, "na 7 marca wszystkie od razu potopić czy zniszczyć rozkazał; to poniszczenie i zatopienie bałwanów po dziś dzień przedstawia się i odnawia w niektórych wsiach polskich, gdzie Dziewanny i Marzany podobieństwa na długim drągu podnoszą i w moczary wrzucają i zatapiają w niedzielę postną Laetare".
Co sądzić o tym świadectwie? Że nie ma żadnej wartości, wynika z zapatrywania na pogaństwo, jakie panuje w średniowieczu, a i później jeszcze. Dzieło jednego diabła, wymyślone na zgubę rodu ludzkiego, jest jednolite; tych samych bożków, co ich czciła starożytność, czcili wszyscy inni poganie, a więc i nasi; odmieniały się tylko ich nazwy, wedle czasu i miejsca. Więc kiedy trzysta pięćdziesiąt lat wcześniej Koźma praski o Czechach pogańskich prawił, używał np. zwrotów: "ofiarujcie osła bogom waszym; najwyższy Jupiter i sam Mars, i siostra jego Bellona, i zięć Cerery (tj. Pluton) nakazują wam tę ofiarę" itd. Ale Koźma zadowolił się terminologią klasyczną, Długosz dał i narodową — lecz skądżeż ją zaczerpnął? czy nie zachował przynajmniej okruchów dawnych wierzeń w samych nazwach? przecież nie mógł ich wymyślić.
Kult wielkich bogów publiczny runął od razu i na zawsze przy wprowadzeniu chrześcijaństwa; utrzymywał się tym dłużej i upoi niej kult domowy, tajemny; żeby więc jakiekolwiek nazwy bóstw głównych przetrwały pięć wieków, od Mieszki do Długosza, jest z góry całkiem nieprawdopodobne i nigdzie się, u Greków,
Niemców itd., nie powtarza. Sumienny jednak historyk, co nawet położenie kraju, nazwy topograficzne, cechy charakteru narodowego albo i rodowego pilnie uważał, nie mógł przejść obojętnie obok wierzeń, gdy prawił o czasach pogańskich i w braku wszelkich świadectw (Gall i Wincenty o niczym nie wspomnieli), musiał kombinacjami własnymi lukę zapełnić; kanon zaś jego utrzymał się i nie zmieniony wszyscy późniejsi powtarzają; tylko Miechowita pozwolił sobie na poprawkę i dodatek, które się również ogólnie przyjęły. Pisze mianowicie: „czczą Polacy Ledę, matkę Kastora i Poluksa, i owe bliźnięta, z jednego jaja zrodzone, jak to do dziś słyszymy od śpiewaków pieśni prastarych, Lada Lada Heli Poleli, przy klaskaniu w dłonie, przezywając Ledę, nie Marsa' (jak Długosz mylnie twierdził) Ladą, żeby się do swej wymowy stosować, a Kastora Leli, Poluksa Poleli". Powtarza za nim Kromer: inni dodają (do kanonu ^Długoszowego) „Lelum i Po-lelum", o których przy biesiadach i pijatykach słyszymy, i mniemają, jakoby to byli Kastor i Poluks; pomijamy naturalnie, jak się ci Lei i Polel w naszej pseudomitologii zagnieździli (np. u Słowackiego). Drugi dodatek Miechowity brzmi: „czcili powiew powietrza łagodny, szeleszczący przez kłosy i liście, zowiąc bóstwo jego Pogwizdem". Z tego zrobili Kromer i inni bożka niepogody, burzy, Pochwista, powołując mazowieckie Pochwiściel w tymże znaczeniu.
Niezawiśle od Długosza, w krasnostawskim kodeksie z żywotami świętych i kazaniami, z połowy XV wieku, przy żywocie Św. Wojciecha dopisano: „bałwany polskie były te: Alado agyessze". W innych, husytyzujących kazaniach z tegoż czasu, przy kazaniu świątecznym, objaśnia anonim kaznodzieja tekst „w Belzebubie wyrzuca diabły" i dodaje: „A takoż [czynią] i Polacy, co dziś jeszcze około świąt [zielonych] czczą bożków Alado gardzyna yesse i, niestety, owym bożkom oddają źli chrześcijanie wtedy większą cześć niż Bogu, bo dziewczęta, co cały rok nie chodzą do kościoła czcić Boga, wówczas na cześć bożkom się schodzą". W Powieści świętokrzyskiej, tj. w tłumaczeniu polskim, wydrukowanym 1538 i 1550 r., tekstu czeskiego dawniejszego, czytamy, że na Łysej Górze (tj. w klasztorze świętokrzyskim) był kościół trzech bałwanów, które zwano Lada, Boda, Leli, do których prości ludzie schadzali się pierwszego maja modłę im czynić i ofiarować; tedy Dobrawka, pokaziwszy ich bożnicę, kazała zbudować kościół ku czci św. Trójcy. Późniejsi odnosili to do r. 1006, tj. do mniemanego roku założenia klasztoru.
Gołosłowne odrzucenie tych podań naturalnie nie wystarcza; należy wykazać, skąd się wzięły. W wiekach średnich potępiano każdą, najniewinniejszą nawet oznakę wesela, tańce i pieśni (ludowe), szczególniej klaskanie przy tym w dłonie; upatrywano w tym sidła diabelskie, zwodzenia duszyczki niewinnej, bo wymykało się to spod askezy średniowiecznej i jej kontroli. Najgorzej zaś działały na nerwy duchowieństwa niezrozumiałe zupełnie przyśpiewy tych pieśni i formułki; upatrywano w nich jawne lub ukryte ślady czy resztki kultu pogańskiego, nazwy bóstw samych; wy łącznie zaś od duchownych pochodzą wszelkie owe zapiski i wręcz pieśni ludowe wskazywają. Otóż wywoływali sobie ludzie podpici leli poleli, "gdy sobie podleją", przyznają Kromer i Stryjkowski, i słusznie stawia Knapiusz lelom polelom na równi obok tere fere itp., a Rysiński w przypowieściach: lelum polelum, fistum pofistum, albo w Modlitewniku Konstancji upomina Chrystus duszę, "a któż ją [sławę wieczną] daremno otrzyma leli poleli nic nie cirpiąc", i tłumaczy Knapiusz lele przez "flak, enervis" (lelejać się znaczy kołysać, chwiać się); tak więc przeniesiono po prostu termin biesiadniczy, hulaszczy z karczmy (por. i Postępek czartoioski z roku 1570) na olimp pogański. W pieśniach świątecznych słyszano podobne niezrozumiałe przyśpiewy i z nich to urósł głównie olimp Długoszowy.
Bo oto czytamy w skróconej redakcji polskich statutów kościelnych: "niech zakażą (proboszcze) klaskania i śpiewek, w których wzywają nazwy bałwanów Łado, Ileli, Jasza, Tija, co zwykli czynić w czas świąteczny, zamiast wzywać kornie Boga, by mogli na wzór apostołów przyjąć Ducha Świętego". Te słowa zakazu powtarza i rozwija kaznodzieja: "w te trzy dni świąteczne zbierają się baby, niewiasty i dziewczęta nie do kościoła, nie dla modlitw, ale do tańców, nie wzywać Boga, ale diabła, mianowicie Jaszę, Ladę, Ileli, Ja Ja". Tak przeniesiono żywcem niezrozumiałe te słowa do mitologii, w rzędy bóstw pogańskich. Łado jest dziś jeszcze charakterystyczną cechą pieśni weselnych małoruskich; ładkaty znaczy "śpiewać pieśń weselną"; u nas w pieśniach z lubelskiego powtarza się o łado i hej łado na końcu albo początku zwrotek, rzadziej lelum ładum, albo i wielom łado. Łado jest tu zaś bardziej na miejscu, bo jak ze staroruskiego i ze staroczeskiego wiemy, oznaczało oblubieńca i oblubienicę. Z tej łady (dla obu rodzajów używanej) urobili "mitologowie" boginię wiosny Ładę, Hanka sfałszował z niej Wenerę itd. Najgorzej powiodło się Długoszowi, który z Łady Marsa urobił, na co się nawet Miechowita nie zgodził. Jego zwiódł oczywiście ów wiersza Alado gardzina; gardzina bowiem, słowo staropolskie (nie czeskie, jak właśnie ten wiersz ponad wszelką wątpliwość ustala), znaczy bohatera, więc zdawało się Długoszowi, że i łada wojownikiem być winno. Ale i jesze jest tylko refrenem, bez znaczenia; jest to partykuła życzeniowa starosłowiańska, por. cerkiewne jesza "utinam". Wykreślamy więc z kanonu Długosza i Miechowity Jeszę, Ładę, Leli, Poleli jako proste refreny i wykrzykniki, nie dowodzące niczego.
Inaczej nieco ma się rzecz z resztą twierdzeń Długoszowych. Marzanę, Marzaneczkę, wynoszono istotnie w środopostną niedzielę za wieś i wrzucano do wody; w konstytucji synodalnej poznańskiej około r. 1420 zakazano zabobonnego zwyczaju, aby nie wynoszono obrazu śmiercią zwanego i nie wrzucano go do błota; synod praski r. 1384 nakazywał proboszczom, aby nie dozwalali wynoszenia za wrota wsi lub miasta wśród postu obrazu na to zrządzonego na podobieństwo śmierci ze śpiewami. „Obraz" robiono ze słomy i niesiono go na drągu lub na worku; był to obchód wiosenny, Smrt neseme ze vsi, leto nesem do vsi, śpiewają przy tym Czesi; na Górnym Śląsku, gdy Marzaneczkę w wieńcu do Osobłogi dzieci wrzuciły, wracały do wsi śpiewając: wynieśliśmy mór ze wsi, latorośl niesiem do wsi. Ten obrządek wydaje pochodzenie raczej niemieckie; nie praktykują go w ten sposób Słoianie południowi ani wschodni; w samej Polsce stosowano go tylko miejscami, w Poznańskiem i na Śląsku; Tworzydło w Okularach (1594 r.) twierdzi: "w niedzielę środopostną dzieci, uczyniwszy jakiego bałwana, topiły go w rzekach, śpiewając: Łada leli leli a do domu co wskok uciekały, co jeszcze niekędy zachowują". Późne i obce pochodzenie zwyczaju wynika, jak się zdaje, z najdawniejszej wzmianki o nim synodu praskiego r. 1366: "ponieważ w niektórych miastach i wsiach nieprawy się między świeckimi i duchownymi wkorzenił nierząd, którzy to w środku postu obrazy w kształcie śmierci przez miasto z «wierszami» i igrami zabobonnymi do rzeki odnoszą, tamże obrazy z rozmachem zatapiają twierdząc, żeby śmierć im więcej szkodzić nie powinna, jako od ich granic całkowicie wykorzeniona" itd. Otóż na takiej to kruchej podstawie polegają figurujące po mitologiach naszych „Morana, przedstawicielka zimy i śmierci, stojąca na czele bóstw złych" (Krek, s. 403) i „Děvana, Děva, bogini wiosny i żyzności (obok Vesny, przedstawiającej porę pogodną!), złotowłosa bogini Słowian pogańskich" (jak ją J. Hanuš nazywa). Ależ o Dziewie milczą wszelkie dawne źródła i nazwy grodów, Dziewinów (tylko Magdeburg tej nazwy nie nosił nigdy!), niczego nie dowodzą; z łowami nigdy Dziewana (nawet u Długosza nie, dopiero u Miechowity!) nie miała do czynienia; Marzana zaś, nie Morzana (!), jest chrześcijańskim nazwiskiem (od Maryi, dawniejszej Marzy) i jest morowi zupełnie obca; w innych okolicach inne nazwiska kładą; wedle Marzany zaś jako rośliny, dodał Długosz może sam inną nazwę podobną rośliny, Dziewanę, skuszony przypadkowym całkiem podobieństwem Diany.
Tak więc ulotnił się nam niemal cały jego kanon; pozostała z niego: Dziecilela najpierw. Jeżeli to trafna pisownia, można by z niej wysnuć jakąś dzieci-lelę, tj. lelejącą, piastującą dzieci, bóstwo mamek i piastunek opiekuńcze, co ocalało w zaciszu domowym i o którym mógł Długosz coś zasłyszeć i z Wenerą je pomieszać. Ale obok tej formy podają inne rękopisy krótszą, Dzidziela i przypominają się nasze Dziady, "dziedziły, nazwa zabaw towarzyskich, zwykle na Wielkanoc grywanych, przy stosownych śpiewach; wyszła z użycia" (Prace Filologiczne VI, 226). Natomiast Nyja, tj. Pluton może istotnie być resztką pogańską. Słowianie bowiem świat zagrobowy nawią nazywali; u Czechów mówi się jeszcze w XIV wieku np. Krol jide do navi (tżn. umarł), ustlav jiným v navi bydlo (tzn. innych uśmierciwszy); w języku cerkiewnym i na Eusi nav oznacza umarłego (navśkij vełykdeń, wielkanoc umarłych; navje bjut Połoczany opowiada Nestor pod r. 1092 o upiorach w Połocku itd.); otóż Ny-ja (od ny-ć, usychać z żalu, tęsknić, jak po-my-je od myć, por. też Wilkowyja, Czartoryja itd.), należy do tego samego pnia (por. czeskie unaviti, zmęczyć), i mogłoby być z czeskim nav identycznym; mogło się zachować w ustalonych zwrotach (pójść do Nyje, bydlić w Nyi), chociaż innego ich śladu dotąd nie odnaleźliśmy, prócz jednego Parkosza, człowieka starszej generacji (przeddługoszowej), który wyraźnie zapisał: „Nyja quod fuit idolum" (czy to nie tyja, omyłką napisana, zwodu synodowego?). Na podstawie jakiej kombinacji Długosz właśnie Pogodę do olimpu polskiego wprowadził, niepodobna już orzec (Podaga płońska?). Pozostaje Żywię. Nazwał go Długosz bożkiem życia, czy słusznie? może to tylko bożek dostatku, powodzenia, zdrowia, jeden z tych "gospodarzy" czy "domowych", którzy u Czechów i na Rusi strzegą domu i dobytku. Otóż i cała zdobycz dla mitologii polskiej (a więc i słowiańskiej) z owego, tyle zapowiadającego a próby nie wytrzymującego kanonu Długosza i Miechowity.
Czy nie ma jednak śladów mitycznych w podaniach pierwotnych polskich, czeskich, ruskich? O ruskich nie może być mowy, skoro Oleg, Igor itd. osoby historyczne - o niehistorycznych prawią tylko mistrz Wincenty i Koźma praski. Wandę uważano do niedawna powszechnie za bóstwo wodne i porównywano litewskie wanduo (woda), powoływano jej wszechwładzę nad żywiołami, nawet obchodzenie jej dnia 23 czerwca (ten moment odpada jednak zupełnie, jako wymysł XIX wieku); w Libuszy praskiej cech mitycznych dopatrywano się z, mniejszą pewnością, ale z podania o Kroku, o Libuszy i jej siostrach, o Przemyśle, świeżo jeszcze skorzystano dla odtworzenia pierwotnych stosunków czeskich; nawet Popiel i jego zgon mysi miałby być symbolem mitycznym. Ależ to wszystko są szczere wymysły. Anegdota o Popielu i myszach, to towar przywoźny; podobne krążyły właśnie w Niemczech od IX do XI wieku i jedna z nich znad Renu nad Gopło się dostała; nawet cud Piastowski nosi cechy legendy chrześcijańskiej, nie mitu czy podania rodzimego. Historiami o Libuszy i Kroku, jak i o Wandzie i Kraku zapełnili Koźma i Wincenty w braku czego lepszego luki. [...]
Współczesne niemal Wincentemu źródło, ruskie Słowo o pułku Igorowym, sili się na wystawienie rzeczy nowej, z r. 1185, w stylu starożytnym, mitycznym, co wzbudziło nawet podejrzenia co do autentyczności samego tekstu (jeszcze L. Leger dla tej przyczyny stanowczo się go wypiera). Niestety nic ponad same okruchy, niezrozumiałe raczej, autor Słowa nam nie zostawił; prawi więc o piewcy starych dziejów, Bojanie, zwąc go wnukiem Welesowym; o książętach ruskich, czy Rusi, zwąc ich wnukami Dadzbożymi; o wiatrach, wnukach Stribożych; dalej opowiada, że dziw (bies, demon) woła nad drzewami, albo rzucił się o ziemię; prawi o ziemi i ścieżce Trojanowej i wieku jego; o tym, jak Wsiesław połocki, książę-xzarodziej, Wielkiemu Chorsowi (słońcu?) wilkiem drogę przebiegał; częściej też używa łada w znaczeniu małżonka. Nie umiejąc tych zagadek wytłumaczyć, przechodzimy do późniejszych tekstów polskich, do kaznodziei i glosatorów XV wieku, co jakieś okruchy mityczne przechowali. I tak prawi Anonim w kazaniu na poniedziałek wielkanocny o grzesznikach, nawiedzających obcych bogów, co to w Zielone Świątki igrzyska sprawiają pogańskie, "z nawoływaniem demonów" (owe przyśpiewy?), i co pod dachem spać nie chcą, albo z ludźmi nie rozmawiają, albo boso chodzą; i on prawi o tych, co wedle modły pogańskiej obraz jakiś, śmiercią zwany, ze wsi wśród śpiewów wywodzą; najciekawsza zaś jego wzmianka: "demonom ofiary oddają, zwanym uboże, zostawiając im resztki potraw we czwartki po wieczerzy (...) inni nie zmywają mis (w wielki piątek) dla nakarmienia dusz przodków albo uboża (...) inni zostawiają umyślnie resztki, jakby dla karmienia dusz albo jakiegoś demona zwanego pospolicie uboże i mniemają głupcy, że zje to ubożę, jakie sobie hodują dla powodzenia". I Ruś zwała ubożami duchy domowe i dla tej samej przyczyny je karmiła. Chociaż nazwa ubożą się zatraciła, sam zwyczaj przetrwał wieki; niewiasty we czwartek po wieczerzy zostawiają potraw i zjada to w nocy nie wiem kto, prawi Postępek prawa czartowskiego z r. 1570, a podobnie w Czarownicy powołanej z r. 1640 itd. Po raz ostatni wymienia ks. P. Gilowski w Wykładzie Katechizmu (1579 r.) tę nazwę; są różne rodzaje diabelskie, prawi on, bo widomi są ziemscy skryatkowie (skrzaty lub skrzoty, p. wyżej), domowe ubożęta, leśni satyrowie, wodni topcowie, górne jędze, powietrzni duchowie itd. W glosach średniowiecznych napotykamy również jeden i drugi termin, np. tłumaczą manes przez uboża (albo widziadła), meretrix przez przypołudnica, tj. daemon meridianus, co w postaci żeńskiej w czasie żniw się ukazuje i żeńców nieostrożnych napastywa, kości im łamie, co goją korą z pewnych drzew uświęconych (wedle relacji Oderborna z r. 1581 o Rusi litewskiej); glosy wymieniają i wilkołków i bezkostnych, raz nawet boginie i mamuny, jest i jędza furia, ruska (baba) jaga, demon żeński, nasyłający choroby, jak z nazwy wynika.